Już jutro do księgarni trafi kontynuacja bestselleru Twoim ślademWróć ze mną Meredith Walters! Z tej okazji zapraszamy do lektury fragmentu książki 😉 W tym tygodniu wystartujemy również z konkursem, w którym będziecie mogli wygrać jeden z egzemplarzy powieści. Kto się cieszy łapka w górę 😉

„Wróć za mną”, Meredith Walters

YA! 2017

 Rozdział 1

Zaufanie.

Wiara.

Pewność.

Są podstawą każdego związku. Bez tych trzech słów wszystko się rozsypuje. Nie miałam przekonania, czy kiedykolwiek stały się udziałem moim i Maxxa.

Jak miałam wejść w przyszłość bez opoki, na której mogłabym ją budować? Jak miałam uwierzyć w życie, które ledwie się rozpoczęło, skoro nie miałam pewności, czy mogę zaufać mężczyźnie, z którym je budowałam?

Chciałam. W głębi serca żywiłam niezachwiane, optymistyczne przekonanie, że tym razem będzie inaczej. Że my jesteśmy inni.

Nasza przeszłość była jednak paskudna i pokręcona. Trudno było się z niej wyrwać, niezależnie od tego, jak bardzo chcieliśmy. Przyczaiła się w oczekiwaniu na chwilę, kiedy nabierzemy przekonania, że w końcu udało nam się wypędzić nasze demony.

Właśnie wtedy uderzały. Nieufność. Podejrzliwość. Zwątpienie. Zatruwały nasze dusze i groziły obróceniem wszystkiego wniwecz. Ale światło istniało. Z naszych ciemności przebłyskiwała szansa. Nadzieja. I była nie mniej potężna.

Lecz chociaż bardzo starałam się zaufać, nie potrafiłam tak naprawdę zapomnieć. Nie pozwalało mi na to wzbierające tą nielogiczną nadzieją serce.

Jak zbudować życie na tak chwiejnych podstawach? Kładąc jedną bolesną cegłę po drugiej. Z nadzieją, że jednak czeka nas szczęśliwe zakończenie.

Zanim nasza przeszłość obróciła je w zgliszcza.

– Panno Duncan, została tu pani dziś zaproszona w celu omówienia zarzutów postawionych pani ze względu na pani zachowanie wobec członka grupy wsparcia, którą pomagała pani prowadzić. Zarzuty te opisują osobistą, niewłaściwą relację, która jest bezsprzecznym pogwałceniem naszego kodeksu etycznego.

Patrzyłam nieruchomo na trójkę ludzi siedzących za stołem przede mną. Skubałam skórki przy paznokciach i starałam się nie wiercić na siedzeniu. Musiałam wypić to piwo. Denerwowałam się. Tylko idiota by się nie denerwował. Prawdopodobnie był to kres moich marzeń i aspiracji. Trzy lata ciężkiej pracy poszły na marne. Lecz to nie strata miejsca w programie terapeutycznym Uniwersytetu Longwooda nie pozwalała mi zasnąć przez ostatnie dwa tygodnie. To nie ona ciążyła mi kamieniem na sercu i kazała łzom obsychać na policzkach.

Mój wstrząs emocjonalny można było przypisać tylko jednemu: punktowi zwrotnemu, który rozdarł mi duszę i zagroził unicestwieniem.

Rozstałam się z Maxxem Demelo. Przedłożyłam własne zdrowie psychiczne nad jego ból. Opuściłam go, gdy potrzebował mnie najbardziej. I chociaż nasza dysfunkcyjna miłość prawie mnie zniszczyła, wciąż nie potrafiłam się pozbyć wyrzutów sumienia. A jednak nie zostałam pokonana. Teraz musiałam zachować się jak dorosła i śmiało zmierzyć z konsekwencjami swoich katastrofalnych wyborów. Straciwszy człowieka, dla którego zrezygnowałam ze wszystkiego, nie miałam innego wyjścia.

Doktor Lowell, moja opiekunka naukowa, siedziała obok swoich uniwersyteckich współpracowników i ze stoickim spokojem przeglądała trzymane w rękach dokumenty. Usta miała ściągnięte, a brwi zmarszczone. Była zmartwiona i rozczarowana. I miała do tego pełne prawo. Byłam jej najbardziej obiecującą studentką. Miałam dobrą średnią. Weszłam na szybką ścieżkę prowadzącą do wspaniałej kariery terapeuty uzależnień od substancji psychoaktywnych.

Traktowałam swoją przyszłość poważnie. Do dnia, w którym na spotkaniu grupy wsparcia pojawił się Maxx Demelo i kompletnie rozwalił mi życie. A teraz doktor Lowell patrzyła na mnie i widziała już tylko kogoś kompletnie przegranego. Czułam się z tym fatalnie.

– Przeczytaliśmy pani oświadczenie na piśmie. Wygląda na to, że nie zaprzecza pani oskarżeniom. Zgadza się, panno Duncan? – zapytał kierujący Katedrą Terapii Uzależnień doktor Jamison i zacisnął wargi. Spojrzał na mnie sponad krawędzi okularów w drucianej oprawce, a na całej jego twarzy odmalował się wyraz potępienia. Najwyraźniej wyrobił już sobie opinię na mój temat. I nie była ona korzystna.

Wyprostowałam się i ściągnęłam łopatki. Wzięłam głęboki oddech i przygotowałam się. W tej chwili mogłam być już tylko całkowicie i bezwarunkowo uczciwa. Już dawno powinnam była zafundować sobie solidną dawkę uczciwości.

– Zgadza się, panie doktorze. Przyznaję, że zaangażowałam się w niestosowną relację z uczestnikiem grupy wsparcia dla osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych. Tak jak napisałam w swoim oświadczeniu, byłam świadoma, że moje działania są pogwałceniem kodeksu etycznego i akceptuję wszystkie nałożone na mnie kary dyscyplinarne.

Byłam dumna z tego, że głos mi nie zadrżał. Nie płakałam, nie jęczałam, nie płaszczyłam się, gotowa przyjąć wymierzoną mi karę, jaka by ona była. W głębi ducha byłam jednak kompletnie załamana.

Doktor Jamison spojrzał na profesor Bradley, drobną kobietę z wyraźnie farbowanymi na brąz włosami i paskudnym zwyczajem łączenia pasków z kratką, i powiedział coś do niej półgłosem. Następnie odwrócił się do doktor Lowell. Nie podniosła głowy, ale skinęła nią, zaciskając dłonie na blacie przed sobą. Przez chwilę rozmawiali między sobą półgłosem, ja tymczasem skubałam nitkę zwisającą z rąbka mojej spódnicy. Spojrzałam na zegar na ścianie. Było kilka minut po pierwszej. Siedziałam na tym krześle przed sędzią i ławą zaledwie od trzydziestu minut, a wydawało się, jakby to trwało całą wieczność.

Wiedziałam, że na korytarzu czekają na mnie przyjaciele: Renee Alston i Brooks Hamlin. Brooks pewnie krążył od ściany do ściany, a Renee wykręcała sobie ręce na podołku. Niemal wyczuwałam przez ściany ich zdenerwowanie. Powinnam je podzielać… gdyby nie kłujące mnie w piersi odpryski złamanego serca.

Minęło piętnaście dni, odkąd ostatni raz rozmawiałam z Maxxem Demelo. Piętnaście dni, odkąd powiedziałam mu, że nie mogę stać i patrzeć, jak się wyniszcza, popadając coraz głębiej

w uzależnienie, od którego próbowałam go uwolnić. Piętnaście dni, odkąd Maxx prawie umarł.

Przekonywałam samą siebie, że odchodząc, postąpiłam słusznie.

Trwanie u jego boku, gdy powoli tracił kontrolę nad własnym życiem, zrujnowałoby moje. Nie mogłam patrzeć, jak dokonuje takich samych fatalnych wyborów, jakie wiele lat temu przyniosły śmierć mojej siostrze Jayme. A tak w ogóle to nigdy nie powinnam była się w nim zakochiwać.

– Aubrey – głos doktor Lowell wyrwał mnie z duszących macek wyrzutów sumienia. Zamrugałam, próbując znów skupić się na własnym położeniu. – Doktor Jamison, profesor Bradley i ja zgadzamy się, że zachowałaś się w sposób zarówno nieprofesjonalny, jak i niewłaściwy. Swoim postępowaniem nie tylko zszargałaś sobie opinię w naszej katedrze, ale też naraziłaś na szwank reputację katedry w społeczności uniwersyteckiej.

Z trudem przełknęłam ślinę, ale nie spuściłam wzroku pod spojrzeniem ulubionej wykładowczyni.

– Postawiłaś mnie i resztę katedry w bardzo trudnej sytuacji. Mimo twoich znakomitych osiągnięć akademickich nie możemy okazać ci pobłażania, zwłaszcza uwzględniając powagę wykroczeń, jakich się dopuściłaś – obwieściła doktor Lowell surowo. – Zdecydowaliśmy, że zostaniesz zawieszona, dopóki wszystkie strony nie wyrażą zgody na dopuszczenie cię do dalszego uczestnictwa w programie.

Zamrugałam oczami, niemal przestając oddychać. Stało się. To się naprawdę, kurczę, stało.

A więc potencjalnie zaprzepaściłam swoją karierę akademicką w zamian za marzenie o przyszłości z człowiekiem, który samolubnie je odrzucił. Poczułam ucisk w piersiach i ogarnęła mnie panika.

Co miałam teraz zrobić?

Jak mogłam wyczołgać się na powierzchnię, tak twardo uderzywszy o dno?

Czy to w ogóle było możliwe?

Poczułam, jak zatrzaskują się przede mną drzwi, i chociaż przygotowałam się na taką ewentualność, w gruncie rzeczy wcale nie byłam na nią gotowa.

Nie zamierzałam jednak płakać, zdecydowana nie dać się zamienić w łkającą kupkę nieszczęścia. Aubrey Duncan ulepiona była z twardszej gliny, choć przecież myśl o zwinięciu się w ciasną kulkę wydawała się niewiarygodnie kusząca.

– Jednakże… – zaczęła doktor Lowell, a we mnie serce zamarło. W tonie jej głosu usłyszałam delikatną zmianę. Jej słowa podszyte były odrobiną czegoś, co nie było niezadowoleniem. – Pozytywne wzmocnienie jest równie skuteczne jak negatywne konsekwencje, a moim zdaniem istotne jest, żebyś dostała szansę zapracowania sobie na powrót do programu. Zawieszenie nie musi mieć charakteru bezterminowego, ale to będzie zależało już

od ciebie. Musisz nas zapewnić, że ten związek nie powinien już budzić naszego niepokoju, a ty przyjmujesz odpowiedzialność za swoje działania. W mojej opinii twoje wykroczenie, pomimo

swojej powagi, nie powinno zniweczyć lat ciężkiej pracy włożonej przez ciebie w te studia. Kara nie musi być bezterminowa.

Miało mi ulżyć, że oto wykładowcy dają mi drugą szansę?

Miałam się puścić w prysiudy, radując się ze sposobności odzyskania ich akceptacji?

Poczułam mimowolne ukłucie gorzkiego rozżalenia wobec tych siedzących przede mną ludzi, patrzących na mnie z góry ze świętoszkowatą dezaprobatą. Jak łatwo przychodziło im ferowanie wyroków. Właściwie miałam świadomość tego, że sobie na to wszystko zasłużyłam, ale jakaś zbuntowana, przekorna cząstka mnie miała ochotę krzyczeć.

Zdławiłam impulsywną potrzebę wyłożenia im, co o nich naprawdę sądzę, i skinęłam głową; była to jedyna odpowiedź, jakiej mogłam udzielić, nie pogarszając swojej sytuacji.

Doktor Lowell obserwowała mnie przez kilka minut. Wiedziałam, że wyczuła moje sprzeczne emocje. Zawsze mnie rozumiała – była moją mentorką, kobietą, którą podziwiałam. Erozja jej pozytywnego stosunku do mnie była najtrudniejszą pod wieloma względami konsekwencją całej tej sytuacji.

– Twoje godziny pracy ochotniczej zostaną anulowane i jeśli po jakimś czasie odzyskasz prawo uczestnictwa w programie terapeutycznym, będziesz musiała jeszcze raz odpracować swój staż, co może poważnie odsunąć w czasie uzyskanie przez ciebie dyplomu, który planowo powinnaś złożyć wiosną. – Doktor Lowell zerknęła z powrotem na trzymane w dłoni papiery, jakby dalsze patrzenie na mnie stało się dla niej zbyt dużym obciążeniem. – Pozostałe zajęcia będziesz dalej zaliczać normalnie, wymagania stawiane ci w zakresie wykształcenia ogólnego pozostają bez zmian. Nie będziesz jednak brała udziału w żadnych zajęciach psychologicznych

ani terapeutycznych. Obowiązkowe jest natomiast twoje uczestnictwo w zajęciach doktora Jonesa Granice i etyka terapii.

– Ukończyłam te zajęcia zeszłej jesieni, pani doktor. Dostałam czwórkę – wtrąciłam.

Doktor Lowell spojrzała na mnie z góry i ciągnęła, nie zwracając na mnie uwagi.

– Mamy poczucie, że przyda ci się odświeżenie tej wiedzy. Oczywiście nie muszę dodawać, że nie będziesz miała absolutnie żadnej bezpośredniej styczności z klientami. Kiedy zawieszenie zostanie cofnięte, porozmawiamy o tym, jak możesz nadrobić stracony czas i jakie dalsze kroki powinnaś podjąć.

Nie byłam pewna, czy wobec niemożności ukończenia kursu terapeutycznego w ogóle uda mi się nadrobić powstałą lawinę zaległości. Jak miałabym uzyskać dyplom w terminie, skoro

w gruncie rzeczy będę zaczynać ten rok od początku?

– Wymagane będą również od ciebie cotygodniowe spotkania ze mną w celu oceny dokonywanych postępów i omówienia dalszych możliwości. Wszystko to jest obligatoryjne, o ile chcesz wrócić do programu terapeutycznego. Myślę też, że nie muszę wspominać o tym, że jakiekolwiek kontakty z Maxxem Demelo są absolutnie zakazane, dopóki jest on uznawany za klienta korzystającego z naszego programu terapii.

Z ostatniego zdania miałam ochotę się roześmiać, wiedząc, że akurat to konkretne zastrzeżenie nie będzie stanowiło problemu.

Doktor Lowell zdjęła okulary, złożyła je powoli i położyła na stole. Doktor Jamison robił notatki, a profesor Bradley wydawała się odliczać minuty do końca tego krępującego przesłuchania.

– Aubrey, nie będę już powtarzać, jak twoje postępowanie odbiło się na reputacji katedry w społeczności akademickiej. Nadwerężyło nasze relacje z zarządem usług uniwersyteckich, który przez ponad piętnaście lat był naszym partnerem w zakresie świadczenia usług na terenie kampusu. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteś inteligentną, utalentowaną młodą kobietą… której zdarzyło się popełnić błąd. Błąd, który mógłby zakończyć karierę, zanim się jeszcze na dobre rozpoczęła. – Doktor Lowell skrzywiła wargi. – Mam nadzieję, że wykorzystasz tę szansę. Szansę udowodnienia po raz drugi nam, katedrze, a przede wszystkim samej sobie, że potrafisz odłożyć na bok osobiste odczucia i postąpić w sposób zarówno profesjonalny, jak i stosowny.

– Tak, pani doktor. Obiecuję – wypaliłam pospiesznie, niezdolna określić, czym dokładnie były targające mną wściekle emocje. Rozczarowanie? Na pewno. Gniew? Najprawdopodobniej. Ślad ulgi, że po tym wszystkim wciąż mogę mieć odrobinę nadziei na wydobycie się z bagna, w którym sama się pogrążyłam?

Zdecydowanie tak.

– Wyślemy pani oficjalną pisemną decyzję komisji. Zostaną w niej określone wymogi pani zawieszenia i oczekiwania wobec pani. Czy ma pani jakieś pytania, panno Duncan? – zapytał doktor Jamison.

– Nie, panie doktorze – odparłam z nadzieją, że nie zemdleję. Chciałam już tylko przeżyć te kilka ostatnich chwil i wydostać się stąd.

Doktor Jamison skinął głową i tym sposobem zostałam odprawiona. Prędko zgarnęłam torebkę i pospiesznie wyszłam na korytarz. Brooks, tak jak podejrzewałam, krążył w tę i z powrotem, a Renee obgryzała paznokieć. Kiedy otworzyłam drzwi, oboje podnieśli głowy. Renee zerwała się na nogi i rzuciła w moją stronę.

– No i co? – spytała prawie tak rozgorączkowana, jak sama się czułam.

Wciąż oszołomiona, popatrywałam to na nią, to na Brooksa. Renee potrząsnęła mną lekko.

– Do cholery, Aubrey, co się stało? – zapytali nagląco jednym głosem mój najlepszy kumpel i moja współlokatorka.

– Zawieszona. Zostałam zawieszona. – Słowa zaszeleściły mi sucho w uszach.

– Kurde. Wywalili cię? – Brooks ścisnął mnie za ramię.

Wydałam z siebie piskliwy chichot, który mnie samej wydał się iście maniakalny.

– Owszem, wywalili. Ale doktor Lowell twierdzi, że mogę odzyskać swoje miejsce w programie terapeutycznym. No wiesz, jak się trochę wysilę.

Brooks uśmiechnął się do mnie krzepiąco.

– Ej no, brzmi nieźle. Czyli klamka nie zapadła.

Pokręciłam głową.

– Nie wiem, Brooks.

Nie byłam jeszcze gotowa na jego słowa otuchy. W głębi ducha wciąż zastanawiałam się, czy ostatecznie to nie on powiedział Kristie współprowadzącej grupę wsparcia o moim związku

z Maxxem.

Renee wsunęła mi rękę pod ramię, a ja mimowiednie oparłam się na niej, doceniając tę oznakę solidarności.

– Och, daj spokój. Udało ci się, dziewczyno. Jedno na pewno można o tobie powiedzieć: zawsze spadasz na cztery łapy. I z tego też się wykaraskasz.

Brooks przytaknął skinieniem głowy.

Świeżo odzyskane poczucie siły napełniło mnie otuchą. Doktor Lowell miała rację: potrzebowałam trochę czasu, żeby sobie wszystko poukładać. I udowodnić wszystkim, że nie jestem kompletnie szurnięta.

Brooks szedł po mojej drugiej stronie, metr czy dwa od nas. Jego obecność niosła zaskakującą pociechę, biorąc pod uwagę, jak napięte były ostatnio nasze relacje. Kiedy dowiedział się o moim związku z Maxxem, nasza przyjaźń została wystawiona na próbę. To, że Brooks nie aprobował Maxxa, było zupełnie zrozumiałe, a sytuacji nie poprawiał fakt, że Brooks był kiedyś moim chłopakiem. Wówczas ta jego krytyka doprowadzała mnie do furii, ale od początku miał rację: budowałam związek z mężczyzną, który uporczywie dążył do samozagłady. I ten związek mi wszystko rozwalił – szkołę, przyjaźnie, szacunek do samej siebie. Na końcu Maxx prawie się przekręcił, a ja nieomal wszystko straciłam. No i proszę, stałam teraz na zgliszczach, próbując się zorientować, jak mam to wszystko z powrotem poskładać.

Popatrzyłam na Renee, która uśmiechnęła się do mnie krzepiąco, i uzmysłowiłam sobie, że efektem całej tej paskudnej historii jest jedna dobra rzecz: nasza przyjaźń – silniejsza niż kiedykolwiek.

Łączyło nas coś, czego wcześniej między nami nie było. Jeśli ktokolwiek potrafił zrozumieć, jak trudno wyzwolić się z destrukcyjnej relacji, była to Renee. Podobnie jak ja próbowała odbudować życie, które wykoleiło się niebezpiecznie w efekcie miłości do niewłaściwego mężczyzny.

Brooks wyciągnął rękę i złapał moje ramię, zatrzymując mnie lekkim szarpnięciem.

– Hej, wszystko będzie dobrze. Niewiele znam tak silnych osób jak ty. Nie dopuścisz, żeby ktokolwiek czy cokolwiek cię zatrzymało. – Ujął mnie za rękę i ścisnął lekko. – Wiem, że wciąż

masz wyrzuty sumienia, ale chyba już czas, żebyś całe to gówno zostawiła za sobą. Musisz iść dalej. Najwyższy czas – poradził, a ja wiedziałam, że ma rację.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni serwował mi tę mówkę już wielokrotnie w rozmaitych wersjach, ale nie byłam gotowa go posłuchać. Wychodząc jednak z budynku wydziału psychologii

i przeżywając jeden z najtrudniejszych momentów w życiu, chyba wreszcie go usłyszałam. W końcu do mnie dotarło.

Uśmiechnęłam się do niego lekko, ale szczerze, po czym rozplątałam nasze palce i wsunęłam rękę do kieszeni. Doceniałam jego wiarę we mnie, ale ten fizyczny wyraz uczucia wprawiał mnie w zakłopotanie. Nie trzymaliśmy się za ręce od czasu, gdy przed kilku laty chodziliśmy ze sobą, a jego dotyk, mimo upływu czasu znajomo intymny, wydawał mi się dziwny. Nie do końca zły, ale też nie całkiem dobry.

Moja skóra wciąż pamiętała dotyk dłoni, za którymi tęskniłam

rozpaczliwiej, niż powinnam.

– Dzięki. To wiele dla mnie znaczy – powiedziałam szczerze.

– No to skoro u ciebie wszystko w porządku, to muszę lecieć na spotkanie mojej grupy naukowej. Mogę wpaść później… jeśli chcesz – zaproponował Brooks, a w jego głosie zabrzmiało wahanie. Jakby nie był do końca pewien, czy w ogóle powinien składać taką propozycję.

Wyszarpnęłam rękę z ukrycia w kieszeni kurtki i z powrotem ujęłam jego dłoń, chcąc go w jakiś sposób upewnić. Musiałam się zmusić, żeby wziąć go za rękę. Moje palce, jakby obdarzone własną wolą, niemal wzdrygnęły się na ten dotyk. To tylko Brooks. Zależy mi na nim. Nie ma nic złego w dotykaniu go w ten sposób.

Dlaczego miałam wrażenie, jakbym samą siebie musiała przekonać?

Co właściwie chciałam udowodnić?

– Oczywiście, że chcę, żebyś wpadł. Ale tylko pod warunkiem, że przyniesiesz nowy film Nicholasa Sparksa – powiedziałam zaczepnie, próbując pozorami normalności zagłuszyć kłębiące

się we mnie nienormalne uczucia. Podniosłam wzrok na Brooksa, na ciemne włosy wpadające mu do oczu, i zastanowiłam się, czy kiedykolwiek znów poczujemy się we własnym towarzystwie

swobodnie. Niezręczność tej sytuacji działała mi na nerwy.

Brooks przytrzymał moją dłoń chyba odrobinę zbyt długo. Serce we mnie zamarło, coś mnie ścisnęło w żołądku i natychmiast się odsunęłam. Kiedy zrobiłam widoczny krok w tył, w oczach Brooksa błysnęło coś na kształt rozczarowania.

Obdarzył mnie krzywym, wyraźnie wymuszonym uśmiechem.

– No to załatwione – powiedział, po czym zarzucił sobie torbę z książkami na ramię i spojrzał na moją milczącą współlokatorkę.

– Nara, Renee – rzucił nonszalancko i odwrócił się do odejścia.

Westchnęłam i otuliłam się ciaśniej szalikiem, by odpędzić wieczorny chłód. Byłam zmęczona tym bolesnym zimnem. Przenikało mnie od środka i tęskniłam za tym, by znów poczuć ciepło. Nie wiedziałam jednak, czy to możliwe.

Renee szła obok mnie, wcisnąwszy brodę w kołnierz kurtki.

– Będzie lepiej, Aubrey. Uwierz mi. To twoja druga szansa.Twój czas na coś więcej.

Miałam nadzieję, że ma rację. Rozpaczliwie pragnęłam i potrzebowałam jakiegoś pomyślnego obrotu zdarzeń.

„Mogę stać się dla ciebie kimś o wiele bardziej znaczącym. Chcę być wszystkim, czego kiedykolwiek mogłabyś pragnąć”. Minęło zaledwie kilka tygodni, odkąd Maxx, wbijając we mnie spojrzenie swoich intensywnie błękitnych oczu, wypowiedział te słowa i podarował mi swoje serce. Zaledwie kilka tygodni, odkąd złożył obietnice, których nie był w stanie dotrzymać.

Wydawałoby się, że to zbyt krotko, by zmienić całe moje życie. A jednak moje życie się zmieniło. Teraz mogłam już tylko pogodzić się z tym i pójść dalej. Gdyby to tylko było takie proste.

Moje spojrzenie przyciągnął ceglany mur biegnący skrajem trawnika. Żywe niegdyś kolory graffiti autorstwa Maxxa zbladły, ale wciąż można było dostrzec obraz kobiety rzucającej się z urwiska. Słowo „Compulsion” zostało wplecione w jej znajome blond włosy. Wszystko to było jakąś drobną częścią skomplikowanego mężczyzny, którego własnością wciąż pozostawałam. Maleńkie, kunsztowne iksy ukryte tu i owdzie na obrazie wydawały się na mnie krzyczeć. Drwiły ze mnie samą swoją obecnością.

Maxx, nawet po swoim odejściu, był wszędzie. Jego sztuka. Jego miłość. Jego chaos. Nie mogłam przed nim uciec. I bałam się, że w najczarniejszych odmętach serca nadal nie chciałam.

Książka do kupienia na:

http://www.empik.com/wroc-za-mna-walters-meredith,p1143706198,ksiazka-p